Czy można zdobyć pudło na wyścigu mając przeciętną nogę, rozwalony kręgosłup a przy tym prowadząc hulaszczy tryb życia ? Gdy przeciętny przeciwnik jest dwa razy młodszy ? Wyścig klasyczny ? Nie ma opcji. Ultra ? A i owszem.
Wyglądało to tak.
Galicja Gravel Race 350 czyli dystans który na papierze przekracza moje aktualne możliwości, tyle że trasa miała być bardzo szybka a to oznaczało dla mnie, że powinienem ogarnąć ją szacunkowo w jakieś 14 godzin - tyle dam radę wytrzymać w siodełku. Największą przeszkodą finalnie okazała jednak się nie długość trasy tylko upał.
Start o 6.00 Zagapiłem się trochę i czołówka szybko mi odskoczyła. Potrzebowałem paru minut by ich dogonić - ładna rozgrzewka wyszła. Konie szły bardzo szybko, tak jakby jutra miało nie być. Oczywiście nieraz brałem udział w szybkich startach (Wataha na przykład) tyle, że zazwyczaj po kilku kilometrach stawka rozbijała się na mniejsze grupy i tempo siadało. Tym razem nie. Około 20 osobowy skład leciał między 35 a 40 km/h. Opcja są dwie. Albo jadę z absolutnym topem gravelracingu w Polsce albo chłopaki tak się podpalili, że zapomnieli, iż dystans to 350 km a nie 100 km a w południe będzie ze 40 stopni ciepła. W dodatku trafił się chłopak który atakował na każdej górce by potem wracać. Tej taktyki to już w ogóle nie ogarniam. Wisiałem na końcu grupy bojąc się nawet sięgnąć do bidonu. W dodatku nie pozwalali mi wyjść nawet na zmianę. Dziwne. Po jakiejś godzinie grupa zaczęła się jednak powolutku zmniejszać a po kolejnej zostało nas już tylko dziewięciu, Tempo nie spadało. Do Sandomierza wjechaliśmy w sześciu ze średnią 34 km/h i to mimo uprzedniego przejazdu przez Tarnobrzeg, który mocno nas spowolnił. Na podjazdach przy wylocie z miasta pierwsza czwórka odjechała a ja góreczki zrobiłem swoim tempem. Tak jak oceniłem sytuację to na miejscu dwóch z tych czterech raczej tak szybko bym tych podjazdów nie robił. Za miastem okazało się, że miałem rację. Szybko dogoniłem nr 4 (tego samego co wcześniej tak skakał na górkach) Był kompletnie wyjechany - nie dał rady nawet złapać koła. Upał zrobił się okropny. Solo równym tempem dociągnąłem do bufetu na 187 km. Tam właśnie nr. 1 i 2 odjeżdżali a nr 3 został jeszcze długo po mnie mając ewidentny kryzys. W tym momencie w zasadzie wyścig się skończył. Nie miałem szans na dogonienie dwójki jadącej z przodu (zresztą jeden z nich jechał dystans 500 km więc nawet nie musiałem go gonić) Nie bardzo widziałem też kandydata który mógłby dogonić mnie. Poleciałem do końca równym tempem pilnując zasady 15 kilometrów (tzn. co 15 kilometrów węgiel) a izotonik do oporu. W momencie gdy brakowało płynu od razu tankowanie. Szło to tak dobrze, że na 300 km pozwoliłem sobie nawet na hot-doga na Orlenie. Drugie miejsce w Open, pierwsze w kategorii Masters. Na podium stałem z dwoma chłopakami których suma wieku na oko odpowiadała mojemu. Fajna impreza. Jeszcze tu wrócę.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz